Artykuły Felieton Bronx Hip Hop Festiwal - relacja

Bronx Hip Hop Festiwal - relacja

KOMENTARZY:
Remulus  Duma Remulus Duma, 21:27:37, 24 październik '16r.



Poprzedni weekend minął w województwie łódzkim pod szyldem BRONX Festiwalu odbywającego się w Łodzi. Dwudniowy event, podczas którego wystąpiła naprawdę solidna grupa raperów. Mocno łódzki, doskonale zauważalny i wyczuwalny klimat sprawił, że każdy, kto odpuścił sobie tegoroczną edycję, po prostu musi żałować.

Impreza swój początek była tylko zwieńczeniem całej akcji, w skład której wchodziły także m.in. warsztaty graffiti. Osobiście na żadnych warsztatach nie byłem, ale jeśli były tak zorganizowane jak piątkowy i sobotni wieczór, chylę czoła. Pierwszego dnia, pomimo kilku problemów typowych dla osób spoza miasta (czyt. znaleźć lokalizację jeżdżąc po mieście rozglądając się za nazwą ulicy), pierwsze co rzuciło mi się w oczy to bramki wstępu, przy których od razu, oprócz sprzedawców biletów, stała ochrona. Do hali, na której przez najbliższe dwa wieczory miały odbywać się koncerty takich artystów jak W.E.N.A., Bonson, O.S.T.R., czy Zeus, zdążyliśmy wejść jeszcze podczas próby tego ostatniego. Pierwsze uderzające wrażenie było naprawdę dobre. Wysokie pomieszczenie i naprawdę dobra akustyka, dzięki czemu nikt nie miał prawa mieć problemu ze zrozumieniem tekstu.

Na korytarzach po obu stronach znajdowały się wszelkiego rodzaju stoiska, od ubrań Tabasko, przez stoisko gastronomiczne aż do stanowiska z płytami, czy piwem. Co do cen, nie można mieć pretensji; nie były ani zbyt wysokie, ani za niskie. Nie bardzo bolał fakt, że za piwo trzeba zapłacić 7zł, kiedy podczas koncertu gardło było tak wyschnięte, że priorytetem stawało się wypicie czegokolwiek. Co do samego stoiska z płytami; całkiem duży wybór naprawdę mocnych pozycji w różnych cenach. Od "cedeków", na które absolutnie nie ma popytu w cenie dziesięciu złotych, aż po najróżniejsze winyle. Jeśli komuś bardzo zależało na autografie jednego z artystów, mógł na szybko kupić jego płytę przy owym stole, jeżeli akurat miał wystarczającą ilość gotówki. Oczywiście znalazły się też inne tytuły, niż tylko "Znany i lubiany", "Życie po śmierci" etc. Zauważyłem tam m.in. "Supermoce" Oxona, "A better tomorrow" Wu Tang Clanu, "The Gratest Hits" Nasa, czy "The Low End Theory" A Tribe Called Quest.

Pierwszy występ na festiwalowej scenie, zaczynając całą imprezę, rozpoczął Leh, reprezentant Alkopoligamii. Gdyński raper naprawdę podołał wyzwaniu; rozbujał publikę i zdążył w swoich trzech kwadransach (tyle mniej więcej grał każdy artysta) wypocić już co nieco z ludzi pod sceną. Nawet jeśli nie znało się wszystkich tekstów (biję się w pierś), można było się naprawdę dobrze bawić, a to przecież dopiero początek. 

Prowadzącymi byli Kliford z Zorakiem, bardzo dobrze znani raperzy łódzkiej sceny. Pomiędzy artystami Zorak raczył wszystkich beatboxem, Kliford czasami rzucił krótki freestyle, rozdawali koszulki, czy prowadzili szybkie, krótkie konkursy, np. bitwę "na wolno", w której udział wzięło dwóch obcych sobie chłopaków, a na do widzenia dostali po koszulce od Mass Denim. W innych konkursach (lub po prostu rzucaniu fantów w publikę) można było zgarnąć ubrania od Grubego Lolo, czy właśnie Massa.

Piątek rozkręcił się na dobre już w połowie występu związanego z łódzką wytwórnią, Asfaltem, Otsochodzi. Vibe jaki rozsiał razem z Szopeenem bujał każdym, nawet jeśli nie miał zamiaru się bujać. Prawdziwy ogień jednak zaczął się podczas wejścia Mielzky'iego, podczas którego zauważyłem nagły przypływ ludzi na sali, co jest doskonałym przykładem, że "truskule" wracają do łask. Podczas swojego występu zaprezentował nam wszystkim przekrój ze swoich płyt oraz dwie gościnki, po czym ustąpił miejsca swojemu koledze ze Szczecina, Bonsonowi. Od Mielzk'iego poziom występów wzrastał coraz bardziej, lecz na miejscu szczecinianina zmieniłbym hypemana, który był po prostu niewidoczny. 

Podczas rozmów z ludźmi, wiele osób wskazywało Zeusa jako najlepszy występ piątkowej imprezy. Nie trudno się dziwić, występ przy żywych instrumentach, w rodzinnym mieście, wśród bardzo serdecznej publiczności na pewno ułatwiło Zeusowi zrobienie dobrego show.

Sobota pod względem organizacji wyglądała identycznie, więc nie ma co się rozpisywać znów na ten temat, ale trzeba oddać honory pierwszej ekipie, która występowała, czyli Nietykalnym. Tak łódzkiego klimatu nie odczułem ani wcześniej, ani później. Nie zauważyłem, by ktoś nie skakał i nie skandował refrenu przy "Odpowiedz mi kim jestem". W gruncie rzeczy, sobotnie występy były głównie związane z Łodzią w jakiś sposób (może oprócz Weny i Hadesa). Po świetnym występie NTK, na scenę weszła Familia HP, czyli naprawdę stary łódzki skład, który ma już parę płyt na koncie i nadal trzyma poziom.

Gdy wszedł na scenę Green razem z Gresem, widziałem niestety, że publiczność coraz bardziej wyczekuje na następne występy. Zaraz po nich wszedł Hades, który mimo wszelkich starań niestety trochę przymulił publiczność. Można mu to jednak wybaczyć; widać było, że nie jest w pełni formy, więc nie ma co rzucać kamieniem. Mam wrażenie, iż w głowie co drugiej osoby coraz bliżej zbliżał się występ głównego artysty, czyli O.S.T.R.a, więc nie dziwię się też, że nie oddawali Hadesowi tyle, ile starał się dać. Niecierpliwi jednak musieli poczekać, ponieważ przed Adamem wystąpili jeszcze Sarius i W.E.N.A., którzy zrobili naprawdę dobre show osobno jak i razem. Dla wszystkich, którzy nie byli - czekajcie na płytę częstochowianina. 

Po lekkim opóźnieniu, które zakryto dłuższym występem Złego Towarzystwa, na scenę wyszedł długo wyczekiwany przez wszystkich O.S.T.R. z Greenem i Kochanem oraz DJem Haemem. Niestety nagle pod sceną zrobiło się tak tłoczno, że nie dało się nawet podnieść ręki nie wyginając jej pod dziwnym kątem, lub nie szturchając kogoś, więc chcąc nie chcąc, usunąłem się spod sceny na praktycznie sam koniec, co jednak nie przeszkodziło mi, by doskonale bawić się podczas występu. Był to mój pierwszy koncert łodzianina w życiu, jednak wiedziałem, czego można się spodziewać i dostałem dokładnie to, czego oczekiwałem. 

Jednakże nawet najlepiej zorganizowane festiwale, z niewiadomo jakim line upem, nie byłyby udane, gdyby uczestnicy nie trzymali pewnego poziomu. W tym punkcie zaskoczyłem się bardzo na plus, bo takiego poziomu serdeczności wobec drugiej osoby, zbijania piątek, czy częstowania się piwem nie widziałem już od dłuższego czasu. Wszyscy podchodzili do siebie z szacunkiem, rozmawiali, żartowali lub wymieniali się kontaktami. Przynajmniej było tak z ludźmi, z którymi ja miałem do czynienia. 

Dodatkowy plus należy się na pewno za ilość ochrony, którą można było zauważyć przechadzającą się po terenie całej imprezy. Poczucie bezpieczeństwa i kontrola to bardzo ważna kwestia podczas tak dużych wydarzeń, więc cieszy fakt, że organizatorzy nie zlekceważyli tego, lub nie zatrudnili do ochrony ludzi w wieku zbliżającym się do emerytalnego.

Podsumowując, BRONX Hip Hop Festiwal w Łodzi to naprawdę dobra, rzetelnie zorganizowana, zajawkowa impreza ze świetnym klimatem, otwartymi i serdecznymi ludźmi oraz przede wszystkim grubymi ksywami, które po prostu wiedzą jak rozbujać salę. Serdecznie polecam wybrać się na przyszłą edycję, wydać te parędziesiąt złotych i przeżyć to samemu.

Autor: Igor Wiśniewski

Przeczytaj więcej artykułów
e