Artykuły Felieton Support - niepotrzebna "zapchajdziura"

Support - niepotrzebna "zapchajdziura"

KOMENTARZY: 0
Marcin Nowak Marcin Nowak, 13:15:35, 15 marzec '17r.

Supporty na koncertach to dzisiaj już podstawa. Wyobrażacie sobie koncert któregokolwiek polskiego rapera z jakimś tam fejmem, przed którym nie zagra jakaś mało znana osoba/ekipa? No właśnie. Ostatnio słuchając nowej płyty Dwóch Sławów, "Dandys Flow", w kawałku "Biała kredka" Rado Radosny nawinął "Na koncercie support, prawie nawet, nawet/Aż wyszedłem gdzieś zadzwonić, wszędzie granie na czekanie". Doszedłem wtedy do wniosku, że jeśli spojrzeć na to trzeźwo, supporty są całkowicie zbędne. Przynajmniej dla niedzielnego słuchacza, których na koncertach jest multum.

Ogólnie można podzielić ekipy wspierające na dwie grupy, dokładnie na takie same jak raperów o rozpoznawalności sięgającej dalej niż obręby swojego miasta; dobrych i chujowych. Różnica jednak polega na tym, że o ile u tych znanych graczy ma to jakieś znaczenie, u noname'ów nie ma absolutnie żadnego. Dla właściciela klubu jest to tylko czas, kiedy uczestnicy imprezy zapełnią kasy za barem kupując browar po podwójnej cenie i ciągnie pieniądze z szatni, dzięki której wpadną dodatkowe dwie, trzy stówki. Dla headlinera imprezy jest to czas natomiast albo na dojazd, bo oczywiście obsuwa w Hip Hopie to jeden z elementów, albo posiedzi z ekipą na backstage'u. 

Natomiast jak to wygląda od strony uczestnika takiej imprezy? Otóż przychodzi z wyłożonym hajsem dla artysty, którego słucha, czasami nawet płytę kupi jak mu się spodoba. Ale kiedy przychodzi musi czekać godzinę czy półtorej aż ten długo wyczekiwany raper w końcu wyjdzie na scenie, aktualnie grają jakieś noname'y, o których nikt nie słyszał. Co wtedy robi? Ano pójdzie sobie zapalić, napije się piwa, obczai wszystkie dziewczyny w klubie razem z kolegami i nawet nie zwróci uwagi, co te mało znane ekipy mają do zaprezentowania. 

Oczywiście był to opis typowego słuchacza rapu, który postanowił wydać trzydzieści złotych na koncert. Nie oszukujmy się, lwia część uczestników tych imprez idzie tam tylko dzięki znanej ksywie na plakacie, więc nie sposób im się dziwić, że będą bawili się tylko przy tym jednym artyście. Jest to jednak głupie, wręcz irytujące podejście do sprawy. Jako, nieskromnie mówiąc, ambitniejszy uczestnik takich eventów, supporty przeglądam jak coś w rodzaju talent show. Słucham, czasami pomacham ręką jak poproszą, analizuję to, co mówią i czy mają jakiś pomysł na własny występ. O ile rzadko można spotkać się z czymś więcej niż "Siema, jestem XYZ, łapy w górę, zróbcie pierdolony hałaaaaas!", o tyle są wyjątki, kiedy raperzy wplatają jakieś elementy stand upu czy po prostu są na tyle swobodni, że nie czuć tego, że są tylko przekąską przed głównym daniem.

Jak czuje się jednak taki support, który w końcu ma okazję zagrać przed kimś więcej niż kumplami? Nie dość, że stres dopisuje, jest to dość duże wydarzenie dla niego, a pod sceną widzi drewno patrzące na niego sceptycznie jakby pomylił miejscówki. W gruncie rzeczy nie dziwię się, że czasami pod koniec po prostu już rapują, co mają zarapować, skoro i tak nie dostaną żadnego odzewu spod sceny.

Dochodząc do końca; supporty mimo szczytnej idei promowania zdolnych, nieznanych artystów, upadła przez słuchaczy. Słuchaczy, którzy słuchają ksyw, a nie skilli. Dobrze, że te występy się odbywają, że raperzy czasami dostaną nawet jakieś tam pieniądze, zbiją piątki z idolami na backstage'u czy pokażą się szerszej publiczności, ale co z tego, skoro pod sceną wszyscy mają ich głęboko w poważaniu, a jakąkolwiek reakcję dostaną od swoich ziomków? 

×

This is an alert box.

×

This is an alert box.

Przeczytaj więcej artykułów