RapDuma na:






Po dwóch latach napiętego oczekiwania na kolejny studyjny album, Vixen po odejściu z poznańskiej wytwórni RPS Enterteyment, świeżo debiutujący w MaxFlo wydaje długo zapowiadaną "Vixtorię". Jest to już -nasta płyta rapera, a właściwie muzyka, z Czańca, która jeszcze bardziej podkreśla jego pozycję na scenie.

Już kilka razy twierdziłem, że label ze Śląska trzyma pod swoimi skrzydłami bardzo niedocenionych artystów, a Vixen wydając właśnie swoje najnowsze dziecko, stanął na czele ich wszystkich. Po, niestety, słabo przyjętym "Loco Tranquilo" jeszcze spod szyldu RPS-u oraz wydaną EP-ką "Paradox EP", dlugo zastanawiałem się, czym może nas zaskoczyć tym razem. Zrobił to swoją różnorodnością i oryginalnością. Kolejny raz. W tym roku śmiało można postawić Vixena obok Łony z Webberem i Bisza z Radexem, jeśli mamy mówić o najlepszych płytach traktujących o małych, przyziemnych rzeczach w sposób lekki, a jednocześnie chwytający słuchacza za serce.

Album zaczyna tytułowa "Vixtoria" na spokojnym, wręcz tajemniczym podkładzie, który sugeruje nam, bardzo mylnie zresztą, jakiego materiału możemy się spodziewać. Darek brzmi tu niczym na "Paradoxie", buduje napięcie i zostawia nas z nim aż do samego końca, dopóki nie przejdziemy dalej. Każdy utwór tak naprawdę jest inny stylistyką, tematyką i patentami. Doskonale odnajduje się na typowo rapowych, nowoczesnych bitach, jak i na zalatujących rockiem ("Dwie siły"), czy bardzo oszczędnych, wręcz minimalistycznych podkładach ("Pani paczka").

Vixen doskonale ugryzł ten wątek zróżnicowania i inności w numerze "Charlie Chaplin", gdzie leci dość prosto pod bardzo skoczny i przyjemny bit: "Wcielam się znów w kolejną z ról,/ Ludzie chcą do mnie strzelać, bo zmieniam strój,/ Jak to się dzieje, że ciągle się zmieniam? Nie wiem./ A może lubię teatr U fuckin' fool?". Wracając do bitu, podobnie jak każdy inny podkład ma swój specyficzny klimat. Akurat tutaj słuchacz ma ochotę tańczyć i skakać w tempie rodem jak ze starych filmów właśnie z Charliem Chaplinem w roli głównej.

Wszechstronność, o której ciągle mówię to tak naprawdę słowo klucz i jednocześnie spoiwo całego krążka. Jedynym wspólnym mianownikiem jest sam Vixen, który po prostu bawi się muzyką, co słychać na każdym kroku, a energia i wręcz dziecięcy entuzjazm aż bije z każdego z utworów, choćby traktował nawet o nieszczęśliwej miłości ("Romantyczna miłość") z bluesowymi naleciałościami, spokojnym refrenem i bez happy endu.

Dużym plusem są także gościnne występy Oxona oraz Zeusa, którzy zaskakująco dobrze odnaleźli się na płycie reprezentanta MaxFlo; zwłaszcza Zeus, który w utworze "Kominek" brzmi po prostu jakby nagrał bonus track do swojego ostatniego albumu. Naturalność i autentyzm aż bije po oczach.

Warsztat Vixena jak i jego otwarta głowa każe mi się zastanawiać, jakim cudem przez tyle czasu nie został doceniony przez polską publiczność. W kraju, gdzie popularni raperzy, bijący rekordy sprzedaży, PRÓBUJĄ podśpiewywać, czy przyspieszyć, Vixen robi to swobodnie, z zaskakującą wręcz łatwością i promieniującą od niego zajawką.

Zaskoczeniem jest zamykająca cały przekrój warsztatu Darka "Pani paczka", czyli pewnego rodzaju monolog prowadzony z paczką papierosów. Myślałem, że po "Nawiasem mówiąc" Łony raczej nikt nie zrobi w najbliższym czasie tekstu o rzuceniu palenia (w wypadku Vixena nieudanym) w oryginalny i jednocześnie ciekawy sposób. Jednak, gdy słyszę "Panią paczkę" w głowie od razu widzę scenerię rodem z amerykańskiego filmu; zadymiona piwnica pełna śmietanki towarzyskiej żądnej artyzmu, gdzie na stołku siedzi kobieta w berecie paląc właśnie papierosa i czytając tomik poezji.

Podsumowując cały album, trzeba przyznać, że to najlepszy dotychczasowy album czanieckiego muzyka, który jest naturalnym następstwem i pójściem w przód na tle poprzednich długogrających krążków, zwłaszcza "Loco Tranquilo". Miejmy nadzieję, że Vixen w końcu dotrze do szerszego grona odbiorców, bo w pełni na to zasługuje.

Autor: Igor Wiśniewski