RapDuma na:






Kękę w końcu zamknął trylogię "Rzeczy". Bałem się, że będzie to kolejny niewypałowy album o wygrywaniu życia przedstawionego w samych superlatywach, czyli mniej więcej to samo, co zaoferował nam Zeus. Największe obawy wywoływała przede wszystkim playlista. Jednak Kę znów nas zaskoczył i nagrał smutną płytę o "wygrywaniu życia", co potrafi chyba jako jedyny w Polsce. Jaki jest efekt? Wystarczy spojrzeć na sprzedaż.

Trzecią płytę otwiera "Cud" na bicie Świerzby. Jak już wspomniałem, tytuły napawały mnie całkiem sporą dozą niepewności, zwłaszcza powyższa pozycja. Jednak po włączeniu "Trzecich Rzeczy" oniemiałem. Żadnego miałkiego, patetycznego wstępu tylko najzwyklejsza wyliczanka (Witam, to moja trzecia płyta, pewnie poznałeś rzeczy/Każda kilkanaście track'ów, razem będzie czterdzieści) dziękująca nam za wybór tego, a nie innego albumu.

Kękę z albumu na album wcale się nie zmienia. Nie mam na myśli kwestii muzycznej, bo widać postęp i zróżnicowanie, ale mówię tu o stylówce. Cały czas jest to ten listonosz-raper, z którym przeciętny Kowalski w jakiś sposób może się upodobnić. Kę jako ten "swojski chłop" otwiera się na "Rzeczach" po raz trzeci. Jak sam wspomniał, to chyba najbardziej osobisty album, jaki wydał i trzeba się zgodzić z tym stwierdzeniem w stu procentach. Jak inaczej można sądzić słuchając chociażby "Smutku", czy "Nic już nie muszę" (najlepszy refren na płycie)?

Piotr Siara to chyba jeden z niewielu raperów o zdrowym podejściu do swojego sukcesu. Nie odbiła mu sodówka i pomimo numeru "Nie mogło się udać", gdzie cały czas mówi o tym, jak mu się udało, większość albumu dzieli się z nami swoimi troskami i refleksjami, które napatoczyły się od ostatniej płyty.

Oczywiście jak przy poprzednich "Rzeczach", Piotrek postawił na brak gości, co w jego przypadku zawsze plusuje; album nie jest nudny i monotonny, a same gościnne występy jakoś ciężko sobie wyobrazić. Co do podkładów, mamy tu bardzo mocny skład producentów od Świerzby w "Cudzie", przez Deemza w "Podobno", a pomiędzy nimi Sergiusz, PLN.Beatz, Matek doskonale znany ze współpracy z Bonsonem, Uraz i Kubi Producent, czy DonDe. Wszystkim panom chylę czoła, bo wykonali naprawdę kawał solidnej roboty. Ostatnią osobą trzecią, jaka udzieliła się na "Rzeczach" jest DJ Vazee, niestety tylko w "Troskach", co stanowi chyba jedyny minus całej płyty.

W gruncie rzeczy "Trzecie Rzeczy" to smutny album, podobnie jak "Ofbitwarmup Mixtape" Nieznanegoklarenza. Wszystko bangla, można posłuchać tego albumu w aucie, czy na imprezie, ale gdyby zagłębić się bardziej w tekst niż ogólną otoczkę widzimy, że to album dorosłego faceta mającego na głowie rodzinę, firmę i milion innych spraw, którym musi sprostać. Idealnie więc jako podsumowanie albumu można zapętlać "Presję". Kękę nawet jak nagrywa lovesong nie jest to hymn dla dziewczynek z gimnazjum tylko przemyślanie opisana relacja dwójki dorosłych osób pełna szczerości i uczuć. Co jak co, ale w kwestii autentyczności Kękę nie ma sobie równych na polskiej scenie. Mowa tu oczywiście o "Miłości" na bicie PLN.Beatz.

Album kończy się pełnym niepewności "Podobno" na spokojnym bicie, ze spokojną narracją Piotrka. Choć wcześniej już radomianin uraczył nas niepewnymi i zastanawiającymi numerami typu "Miraż", "Podobno" to pozycja, która świetnie pasuje jako zakończenie całej trylogii. Swego rodzaju podsumowanie, rozliczenie z przeszłością i niepewność, co będzie dalej. Można słuchać w zapętleniu, podobnie jak cały album.



Autor: Igor Wiśniewski