RapDuma na:






Gadabit to zespół z Krakowa, a album "Drzewa" to ich kolejna płyta. Jeśli jesteś fanem rapu, nie sięgaj po ten krążek, nie ma opcji, by Ci się spodobał. Jeśli jednak jesteś miłośnikiem muzyki wszelakiej, koniecznie sięgnij po tę pozycję. Naprawdę nie wiem, jakim cudem tak dobre płyty mnie omijają.

Cały album posiada naprawdę pokaźną tracklistę; znajdziemy tam aż dwadzieścia premierowych utworów, z czego tylko jeden jest skitem, choć bardzo przyjemnym i bujającym. Mowa oczywiście o czternastej pozycji, czyli "Pieprzysz". Oprócz wstępu do ostatniego numeru, jakim jest "Dziwka", gdzie wprowadzał nas w utwór Iwan Bezdomny, nie ma momentów czysto mówionych.

"Drzewa" to pozycja obowiązkowa dla ludzi otwartych. Dostajemy najróżniejsze podkłady wędrujące po wielu gatunkach muzycznych. Przyjemny wokal Inda dopasowujący się idealnie do każdego z nich sprawia, że przy płycie możemy się odprężyć i odpłynąć. Poczucie humoru i jednocześnie serwowana treść płynąca z każdego utworu aż bije w słuchacza przyprawiając o lekki uśmiech. Doskonałym przykładem będzie "Rozwój", jeden z moich faworytów na płycie zaraz obok "Batmana".

Głównym DJem na "Drzewach" jest doskonale wszystkim znany DJ Feel-X, były członek Kalibra 44. Szczerze mówiąc, to chyba wszystko, co można na ten temat powiedzieć, bo przy takich podkładach muzycznych K-Ouiego, czyli trzeciego członka Gadabit, oraz nawijce Inda po prostu zostaje gdzieś z tyłu. Zdecydowanie wielkie brawa dla K-Ouiego za skomponowanie takich rzeczy. Nic dziwnego, że płyta ukazała się w wytwórni, która nie ma nic wspólnego z rapem.

Jak już mówimy o stylówce jednego z gospodarzy, trzeba przyznać mu jedno: doskonale operuje głosem. Po podkładach płynie swobodnie, lekko i bez żadnych problemów. Gdzieś zanuci, inaczej zaakcentuje, a gdy trzeba zarapuje tak, jak trzeba. Nie uświadczymy tu hasztagów i posetnych rymów, lecz dostajemy naturalność i swój styl. Co jest ważniejsze? Chyba nie trzeba mówić.

Dużym plusem dla całego albumu są na pewno damskie wokale. Te nadające klimatu wstawki sprawiły: Magda Niedbała, Ania Dudek oraz Joanna Słowińska. Każda z pań dodała coś od siebie, nadając konkretnego klimatu w utworach, do których zostały zaproszone. Największe brawa należą się jednak Joannie Słowińskiej, która w "Marszu dzikich plemion" przyprawia o ciarki. Oddać szacunek na pewno oddać trzeba także Łukaszowi Bernasiowi oraz Mariuszowi Solarzowi za występ w intrze.

Na całej płycie dostajemy dość wiele akcentów, jeśli chodzi o żywe instrumenty. Od fletów, przez gitary, do elektrycznych pianin, czy nawet harmonijki. Wszystkie instrumenty, które dopieszczają owy album nadają mu charakteru i duszy. Odczucia przy słuchaniu tego typu produkcji są o wiele przyjemniejsze, niż słuchając bitów stworzonych całkowicie cyfrowo.

Jeśli chodzi o występy inne, niż czysto śpiewane nie ma tego dużo, a brak znanych ksyw wychodzi całkowicie na dobre. Gadabit dobrał gości tak, by tworzyli pewną symbiotyczną całość wraz z gospodarzami. Bardzo dobrą robotę zrobili chłopaki z zespołu Shoom, czyli Zoołv i Grem (Ind także jest członkiem Shoomowin). Utwór "Czarno-biało-szare" to bardzo udana kooperacja, zwłaszcza przez refren popełniony przez Grema. W połączeniu z tak energicznym bitem gwarantuje świetny materiał na koncert. Oczywiście Dziki i Lekker Luke też bardzo dobrze wypadli we wspomnianym wyżej utworze.

Trochę słabiej wypadł współczłonek zespołu Gadabit, czyli Kuban (nie, nie ten) w numerze "Masztocoś", gdzie w pamięci zapadają wersy "Nie musisz być najlepszy, wystarczy byś był dobry" autorstwa już i tak wychwalanego w tej recenzji Inda. Zdecydowanie cenna porada dla ludzi mających problemy z przesadną ambicją.

Podsumowując, album pomimo dużej ilości utworów jest przyjemny w odsłuchu, chętnie się do niego wraca, a gościnne występy, choć mogłyby nie istnieć, bo gospodarze świetnie sobie dają radę sami, nadają całości pewnego specyficznego klimatu. Czuć, że to płyta zrobiona od ludzi kochających muzykę. Jeśli ktoś ma ochotę na trochę ambitnej muzyki, serdecznie polecam.

Autor: Igor Wiśniewski